Diecezjalne Sanktuarium Św. Jakuba Apostoła Parafia Rzymskokatolicka p.w. Świętego Jakuba Apostoła

Wielu mężów na drodze zbawienia

(Łk 20,27-38)

Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę. Jezus im odpowiedział: Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa "O krzaku", gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest [Bogiem] umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją. 

Kiedy czytam Ewangelię o kobiecie mającej wielu mężów uparcie powraca pewne zdarzenie, jakby trzeba było je zapisać i zinterpretować. Uważam, że można nazwać je zdarzeniem mistycznym. Interwencją Ducha Świętego na moje prywatne zdanie dotyczące pożycia. Mówiąc wprost, chodziło o karkołomny zwrot, który okazał się zbawienny.

Pierwsza spowiedź miała miejsce po wielu latach pustki duchowej. Dosłownie pobiegłam do kościoła. Rzeczy, jakie zaczęły się dziać wokół mnie, przeszkadzały normalnie żyć. Nie będę tu pisać o zjawiskach dziwnych, bo będą tylko sensacją, niepotrzebnie zwrócą uwagę na to, co nie jest tu najważniejsze. Powiem tylko tyle – wokół mnie zacieśniał się krąg sił złośliwych i demonicznych. Zaczęły zagrażać bezpośrednio mojemu życiu. Dojście do kościoła było wyczynem na miarę kaskadera. Ilość piratów drogowych na kolejnych przejściach dla pieszych, bolesnych upadków i innych zdarzeń była tak duża, że o przypadkach nie mogło być mowy. Dosłownie przedzierałam się przez mur niewidzialnych istot, aby dojść do celu, jakim było ponowne spotkanie z Panem. Istoty, jakie mnie wtedy otoczyły (zrozumiałam to bardzo dobrze) były złośliwe i inteligentne. Miały strategie działania i determinacje, aby skutecznie przeszkadzać mi na drodze nawrócenia. Znały moje słabości i potrafiły tą wiedzą zręcznie manipulować. Podkreślę to jeszcze raz - te istoty ze wszystkich sił zagradzały mi drogę do kościoła. 

Kiedy udało mi się wreszcie dotrzeć do najbliższej świątyni i porozmawiać z księdzem, dowiedziałam się, że było to osaczenie. Szczęśliwie wystarczyła mi regularna spowiedź i przyjmowanie sakramentów, aby niewidzialne istoty odsunęły się na tyle, bym zaczęła normalnie żyć. Podjęłam wtedy nowe wyzwanie, z którym zmagam się do dzisiaj – nawracam się. Dlatego pewnie pierwsza spowiedź po latach odcisnęła się tak głęboko w moich myślach i odczuciach. Tak mocno, że nie można było jej ani zapomnieć ani tym bardziej zlekceważyć. Poczułam wtedy pierwszy raz porażającą siłę sakramentu. Zakonnik był narzędziem w rękach siły wyższej. Co do tego nie miałam żadnych wątpliwości! Całe zdarzenie było autentycznie nadprzyrodzone. Jakby ktoś poruszał ustami kapłana. On sam zdał się całkowicie na Bożego Ducha, bo posłusznie poddał się jego tchnieniu i mówił z głębi czegoś, co przyniosło mi niezwykłą ulgę. Brzmiało to tak, jakby mówił do mnie ktoś z zaświatów, anioł albo jasnowidz znający bardzo dobrze moje problemy. Zrozumiałam wtedy, że to Bóg porusza tym człowiekiem, staruszkiem o ciemnej, pomarszczonej twarzy. Był to Karmelita. Sędziwy starzec, który wyspowiadał mnie z grzechu cudzołóstwa. Całą sobą przeżywałam mistykę sakramentu, mistykę liturgii... Kolejne wskazówki i podpowiedzi pojawiały się od razu, w tym kościele, w tym konfesjonale. Zakonnik spowiadał mnie siedząc za kratką. Widziałam jego profil i usta, które zniknęły nagle w jasnym, oślepiającym świetle. Okazało się, że to słońce akurat wyjrzało zza chmur. Promień wpadł przez okno i oświetlił usta zakonnika, gdy ten udzielał mi rozgrzeszenia. Wyglądało to tak, jakby zamiast słów z ust kapłana wychodziło nadprzyrodzone światło. Kolejne zdarzenia były jak miłosny szept samego Boga. Gdy tylko weszłam z powrotem do ławki, usłyszałam słowa Ewangelii (trwała właśnie Msza Święta), to były właśnie te słowa: „Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę. Jezus im odpowiedział: Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania.” Zrozumiałam. Raz na zawsze.    

Od tamtej pory spowiedź jest dla mnie spotkaniem nadprzyrodzonym, głęboko religijnym. Interwencją samego Boga. I lekarstwem na wszelkie niepokoje, na wszelkie zło. Potem dowiedziałam się, że warto poszukać stałego spowiednika. Zrobiłam tak. Do dzisiaj przewodnictwo duchowe jest dla mnie źródłem wielkiej radości i błogosławieństwa. I chociaż tamten Karmelita nie jest moim duchowym przewodnikiem, stał się jednym z wielu „mężów” Bożych, którzy pociągnęli mnie na drogę nawrócenia. Na wąską drogę, którą jest sam Jezus Chrystus – prawdziwy i jedyny Mąż Boży.

Magdalena Anna Golon, listopad 2013  

*„Żaden Bóg nie może mieszać się z ludźmi” - wyrokuje Platon. Arystoteles dodaje, że Bóg „porusza światem, jako że jest kochany” (nie jako, że kocha!) - z kazania ojca Raniero Cantalamessa, Od Ewangelii do życia

 

Facebook